Wokół suplementów diety krąży dużo kontrowersji. Mimo to jest ich na naszym rynku coraz więcej, a Polacy coraz więcej ich kupują. Jeżeli kiedykolwiek kupiłeś lub zastanawiałeś się nad kupnem suplementu diety, koniecznie zapoznaj się z tym wpisem. Dowiesz się dokładnie, czym są suplementy, a  czym nie są i jakie – często niestety niepokojące – tajemnice kryje nasz rodzimy rynek.

Czym są suplementy diety?

Aktualnie polski rynek suplementów diety cały czas reguluje ustawa z dnia 25 sierpnia 2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia, zaś przestrzeganie wymagań w niej określonych podlega kontroli Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Dlatego właśnie suplementy diety nie są lekami! Podlegają one takim samym regulacjom, jak środki spożywcze – czyli innymi słowy, takim samym jak chleb, jogurty, czekolada i większość żywności znajdującej się na sklepowych półkach. Mało tego, w rozumieniu prawa, środek zarejestrowany i wprowadzony do obrotu jako suplement diety nie może mieć właściwości leczniczych. Zresztą zobaczcie sami definicję suplementu diety w ww. ustawie, w Pkt 33 w ust. 3 w art.3:

“suplement diety – środek spożywczy, którego celem jest uzupełnienie normalnej diety, będący skoncentrowanym źródłem witamin lub składników mineralnych lub innych substancji wykazujących efekt odżywczy lub inny fizjologiczny, pojedynczych lub złożonych, wprowadzany do obrotu w formie umożliwiającej dawkowanie, w postaci: kapsułek, tabletek, drażetek i w innych podobnych postaciach, saszetek z proszkiem, ampułek z płynem, butelek z kroplomierzem i w innych podobnych postaciach płynów i proszków przeznaczonych do spożywania w małych, odmierzonych ilościach jednostkowych, z wyłączeniem produktów posiadających właściwości produktu leczniczego w rozumieniu przepisów prawa farmaceutycznego

Chyba najlepszym dowodem na to, że suplementy diety i leki to dwie zupełnie różne grupy jest to, że apteki (i sklepy zielarskie, hurtownie farmaceutyczne i każde miejsce) nie mogą prowadzić sprzedaży suplementów diety (podobnie jak środków specjalnego przeznaczenia żywieniowego, np. mleka modyfikowanego dla niemowląt) dopóki nie uzyskają wpisu do rejestru zakładów u Państwowego Powiatowego Inspektoratu Sanitarnego. Po uzyskaniu wpisu podlegają wymaganiom dla żywności oraz podmiotów produkujących lub wprowadzających do obrotu środki spożywcze określonych we wspomnianej już ustawie o bezpieczeństwie żywności i żywienia, a przestrzegania ich pilnuje Sanepid.

Co oznacza ta różnica w praktyce?

Wprowadzenie na rynek leku jest procesem długotrwałym, wiążącym się z dużymi nakładami finansowymi, potrzebnymi chociażby na finansowanie badań oceniających jego skuteczność. I to nie jednych badań, ale kilku faz badań: przedklinicznych i klinicznych, a na każdą z nich składa się zazwyczaj kilka prób. Każdy etap badań musi być przeprowadzony na określonej z góry liczbie osób (od 20 do 3000 i więcej w ostatniej fazie), a na koniec następuje ocena agencji lekowej. Tak więc proces od pomysłu do wprowadzenia leku na rynek może trwać wiele lat.

Wprowadzenie na rynek suplementu diety jest bardzo proste: wymaga ze strony producenta wyłącznie prawidłowego złożenia powiadomienia do organu nadzoru, czyli w tym przypadku Głównego Inspektora Sanitarnego (GIS). Natychmiast po jego złożeniu można produkt sprzedawać, ponieważ weryfikacja powiadomienia i ewentualne wszczęcie postępowania wyjaśniającego w żaden sposób nie wstrzymują dystrybucji. To oznacza, że suplement diety może trafiać do konsumentów zanim GIS w ogóle rozpocznie jego weryfikację i kontrolę co do bezpieczeństwa spożycia. Już samo to wzbudza poważne wątpliwości co do bezpieczeństwa konsumentów i jakości suplementów. A ile czasu realnie zajmuje rozpatrywanie powiadomień? Dopiero tutaj zaczyna robić się naprawdę ciekawie…

Otóż według raportu Najwyższej Izby Kontroli (w skrócie NIK; będę o nim jeszcze wielokrotnie tutaj pisała) z lutego 2017 roku:

  • od przekazania powiadomienia do GIS przez producenta do chwili rozpoczęcia procesu weryfikacji suplementu mijało średnio ok. 8 miesięcy (maksymalnie 1,5 roku)
  • średni czas weryfikacji powiadomień wynosił 455 dni, natomiast najdłuższy czas to nawet 817 dni!
  • wobec połowy wszystkich powiadomień z lat 2014-2016, czyli wobec powiadomień w liczbie ok. 6 tysięcy, w ogóle nie rozpoczęto procesu weryfikacji (były to dane na luty 2017 roku) – czyli nie zaczęto nawet sprawdzać, co znajduje się w istniejących już na rynku produktach, a co za tym idzie – czy nie zawierają one substancji zagrażających zdrowiu konsumenta
  • postępowania wyjaśniające wszczęte przez GIS w latach 2009-2010 trwały średnio ok. 2 300 dni (ponad 6 lat!), zaś najdłuższe z nich: ponad 3 100 dni (ok. 8,5 roku!)

Skąd takie liczby? W tym samym raporcie czytamy, że w 2016 roku do Głównego Inspektoratu Sanitarnego w każdy dzień roboczy napływało średnio 30 powiadomień o produktach wprowadzanych do obrotu. Natomiast ich przyjmowaniem i rozpatrywaniem zajmowało się tylko 7 osób, w których zakres obowiązków wchodziły także inne zadania. Wygląda więc na to, że GIS zupełnie nie jest przygotowany na przetwarzanie takiej ilości suplementów diety, jakie obecnie bez prawie żadnej kontroli jest wprowadzane na rynek.

Wartość rynku suplementów diety

Ma to związek z błyskawicznym rozwojem rynku w ostatnich latach: w latach 2013-2015 przybywało 3-4 tysiące suplementów rocznie, zaś już w 2016 było to 7,4 tysiąca. Powyższa grafika pochodzi z wspomnianego wcześniej raportu NIK i została opracowana na podstawie raportu PMR Rynek suplementów w Polsce 2015. Przedstawia ona wartość rynku w poszczególnych latach, przy czym lata 2016-2020 to wartości prognozowane. Potwierdzają się one – w 2017 roku wartość rynku przekroczyła 4 mld złotych i rośnie nadal. Wobec tak szybkiego rozwoju nie dziwi, że regulacje z 2006 roku nie przystają do rzeczywistości.

A jak to się przekłada na rynek?

Mówiąc krótko: nie najlepiej, a nawet fatalnie. Bo długi czas weryfikacji to nie wszystko – raport NIK wykazał, że Inspekcja Sanitarna nie wykonywała badań prób suplementów pod kątem zgodności faktycznego składu suplementu z tym, co było deklarowane na opakowaniu! W praktyce oznacza to, że w środku zarejestrowanym jako suplement diety może się znajdować wszystko, bo nikt tego nie sprawdza (a producenci doskonale o tym wiedzą). W związku z tym Najwyższa Izba Kontroli zleciła takie badania i oto, co w nich wyszło. Badano 11 prób suplementów z grupy probiotyków (podawane doustnie wyselekcjonowane kultury bakteryjne lub drożdży, których zadaniem jest korzystne dla zdrowia działanie w przewodzie pokarmowym):

  • w 4 próbach stwierdzono obecność niewykazanych w składzie szczepów drobnoustrojów
  • w 4 próbach stwierdzono niższą niż deklarowana liczbę drobnoustrojów
  • w 1 próbie stwierdzono zanieczyszczenie Enteroccocus Faecium, czyli tzw. bakterii kałowych – ich obecność w suplementach to już stan zagrożenia zdrowia a nawet życia
  • NIK niezwłocznie poinformował Głównego Inspektora Sanitarnego o stanu zagrożenia zdrowia i życia konsumentów
  • do dnia 3.02.2017 wycofano z obrotu jedynie 16 317 sztuk opakowań z 165 327 sztuk wprowadzonych do obrotu, ponieważ pozostała część została sprzedana przed wynikami przeprowadzonych badań
  • należy zauważyć, że skala badań była niewielka, a i tak odsetek zagrażających życiu suplementów wynosił ponad 9%, zaś w ponad 36% wykazano niższą od deklarowanej zawartość drobnoustrojów oraz obecność niewykazanych w składzie szczepów

W raporcie NIK jest przytoczonych więcej badań, z których wynika, że jakość znajdujących się na rynku suplementów diety – nawet jeśli nie zagraża zdrowiu ani życiu – jest bardzo niska. Jeśli interesuje Was ten temat, zapraszam do zapoznania się z nim tutaj.

NIK stwierdził nie tylko niską jakość suplementów oraz brak badania ich jakości przez organ nadrzędny. Okazało się również, że GIS nie potrafi być skuteczny w eliminowaniu zagrożeń, o których informuje ich ktoś inny.

Podczas jednych z prowadzonych przez NIK badań kontrolnych wykryto aż 45 suplementów diety, które nie powinny znaleźć się w obrocie, ponieważ zawierają niedozwolone substancje (m.in. o właściwościach alergennych, rakotwórczych, mogące przyczyniać się do zakażenia dróg moczowych i oddechowych, czy powodować zapalenia osierdzia, wsierdzia, zatrucia pokarmowe…). Wówczas w sprzedaży internetowej znajdowało się nadal aż 38 z nich. W związku z tym jeszcze w trakcie kontroli NIK poinformował Głównego Inspektora Sanitarnego o stanie bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia lub życia ludzkiego.  Mimo to w dniu 3 lutego 2017 w sprzedaży internetowej nadal znajdowały się 33 produkty.

Inny przykład nieudolnego działania GIS: po otrzymaniu w grudniu 2015 roku wyników badań laboratoryjnych suplementu diety będącego tzw. “spalaczem tłuszczu”, z których wynika, że produkt jest zanieczyszczony stymulantami podobnymi strukturalnie do amfetaminy, Główny Inspektor Sanitarny zareagował dopiero po 4 miesiącach! Podjęte wreszcie działania spowodowały wycofanie z rynku 316 opakowań, podczas gdy łącznie na rynku rozdystrybuowane było ponad 10 tysięcy opakowań (i to tylko przez jednego z importerów).

NIK ujawnił również listę suplementów, które zakwestionował w trakcie kontroli.

Najwyższa Izba Kontroli w opublikowanym 10.02.2017 raporcie, na który cały czas się tutaj powołuję, wspomina jeszcze o słabym procesie nadzoru nad reklamą suplementów diety (których jest mnóstwo wszędzie: w radiu, telewizji, gazetach – tylko w 2018 roku na reklamy leków bez recepty i suplementów diety wydano łącznie 4,2 mld złotych!) oraz zaniedbaniach ze strony Ministerstwa Zdrowia. Na koniec raportu zmieszczono wnioski dotyczące zmiany prawa. Nie będę się teraz nad tym rozwodzić, ponieważ nie taki jest cel tego tekstu. Niewątpliwie jednak są one bardzo sensowne i gdyby podjęto się działań, o których mówi NIK, rynek dzisiaj z pewnością wyglądałby inaczej. Nasuwa się więc pytanie…

Jakie kroki poczyniono w tej sprawie?

Otóż bezpośrednio po opublikowaniu raportu, na początku 2017 roku, na temat suplementów diety zrobiło się głośno. Media informowały o zagrożeniach z tym związanych społeczeństwo, zaś w rezultacie głos zabrał Główny Inspektor Sanitarny, który przyznał, że “dobrze byłoby ten rynek doprecyzować” i zaktualizować prawo. Potwierdził również, że wspólnie z Ministerstwem Zdrowia pracują nad zmianami w przepisach, jednak przyparty do muru o konkrety przyznał, że na razie (a było to ok. 4 miesiące po opublikowaniu raportu przez NIK) owa praca sprowadza się do “rozwiązań na poziomie założeń koncepcyjnych”. W mojej ocenie są to dość niefrasobliwe słowa, jak na przedstawioną w raporcie skalę problemu i niedopatrzenia, jakich dopuścił się GIS.

Głos zabrało wówczas wielu ekspertów, między innym Krajowa Rada Suplementów i Odżywek (jest to Stowarzyszenie “zrzeszające producentów i dystrybutorów suplementów diety, firmy doradcze i kancelarie prawne specjalizujące się w prawie żywnościowym oraz wybitni eksperci z dziedziny suplementacji”), która przyznała, że widzi potrzebę zmiany prawa. Miałaby ona wyeliminować tzw. “szarą strefę” i poprawić bezpieczeństwo konsumenta na rynku polskim. Jednocześnie KRSiO podkreśla, że nieprawidłowości wykazane w trakcie kontroli dotyczą wyłącznie rzeczonej strefy, psującej wizerunek rzetelnych producentów, których Stowarzyszenie reprezentuje. Niedługo później padła informacja, że KRSiO również bierze udział w kształtowaniu zmian do regulacji rynku.

Mimo niefrasobliwości wykazywanej przez GIS, jesienią 2017 roku rzeczywiście coś więcej zaczęło się w tej sprawie realnie dziać. Proponowane przez Ministerstwo Zdrowia i Głównego Inspektora Sanitarnego zmiany miały regulować prezentację i reklamę suplementów diety. Na opakowaniu i w reklamach miała być wyraźnie podawana informacja na temat charakteru produktu (brak właściwości leczniczych, uzupełnienie diety), zakazywano m.in. wykorzystania wizerunku lekarza i innych osób z wykształceniem medycznym w reklamach. Chciano zwiększyć także koszt zgłoszenia suplementu diety do 1000 zł oraz wprowadzić kary za kłamliwą reklamę. Ze szczegółami możecie zapoznać się tutaj.

W odpowiedzi na raport NIK, który wnioskował o wprowadzenie norm etycznych oraz stosownej samoregulacji przedsiębiorców, powstał Kodeks Dobrych Praktyk Reklamy Suplementów Diety. Przyjęły go cztery branżowe organizacje: Krajowa Rada Suplementów i Odżywek, Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty PASMI, Związek Producentów i Dystrybutorów „Suplementy Polska” oraz Polska Izba Przemysłu Farmaceutycznego i Wyrobów Medycznych POLFARMED. Należy jednak podkreślić, że – jak czytamy w kodeksie – “Postanowienia Kodeksu są wiążące dla Sygnatariuszy Kodeksu oraz podmiotów, które wyraziły taką chęć i podpisały oświadczenie o stosowaniu przez nie postanowień Kodeksu, o którym mowa w art. 15 ust. 2 i 3”. A zatem jest to inicjatywa chwalebna, ale w żaden sposób nie reguluje rynku jako całości.

Obiecanki-cacanki, czyli odpowiedź brzmi NIC

Zapowiedzi GIS i Ministerstwa Zdrowia wyglądały bardzo obiecująco, jednak nigdy nie weszły w życie. Uważam, że podejście Ministerstwa do całej tej sprawy jest skandaliczne.

Zaraz po ukazaniu się raportu NIK do Ministerstwa posypały się interpelacje od zaniepokojonych sytuacją posłów, którzy dopytywali, co Minister ma zamiar zrobić z faktem niewystarczającej kontroli suplementów diety. Początkowo – kiedy o sprawie nadal było głośno – Ministerstwo zapewniało, że trwają prace nad zmianami w ustawie o bezpieczeństwie żywności, oto dosłowny cytat:

“Trwają prace nad opracowaniem projektu ustawy o zmianie ustawy – Prawo farmaceutyczne oraz niektórych innych ustaw – w tym ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Zmiany mają na celu uregulowanie kwestii reklamy suplementów diety poprzez stworzenie lepszych narzędzi umożliwiających skuteczne egzekwowanie przepisów prawa żywnościowego oraz monitorowanie reklamy suplementów diety w mediach i na stronach internetowych.”

Zarówno całą treść tej konkretnej interpelacji złożonej przez Małgorzatę Niemczyk oraz odpowiedzi udzielonej przez Katarzynę Głowala możecie przeczytać pod tym linkiem. Brzmi przekonująco, nieprawdaż?

Jednakże już rok później możemy znaleźć informację, że Ministerstwo wycofało się z proponowanych zmian. Nie było oficjalnego oświadczenia, możemy dowiedzieć się tego wyłącznie z portali branżowych oraz przeglądając nowsze interpelacje, te są bowiem nieustannie składane w tej sprawie – a i to nie wprost. Po prostu w pewnym momencie na składane interpelacje odpowiadano, że Ministerstwo nie planuje zmian w tym zakresie, a obecne regulacje są wystarczające. Sami zobaczcie:

“w odpowiedzi na interpelację nr 20995, złożoną przez Panią Poseł Izabelę Mrzygłocką, Panią Poseł Urszulę Augustyn, Panią Poseł Magdalenę Kochan, Pana Posła Sławomira Piechotę oraz Panią Poseł Marię Janyska, w sprawie zmian systemowych dotyczących obrotu suplementami diety, informuję, że w Ministerstwie Zdrowia nie są prowadzone prace legislacyjne dotyczące nowelizacji ustawy z dnia 25 sierpnia 2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia (Dz. U. z 2017 r. poz. 149, z późn. zm.) w zakresie suplementów diety.

W trosce o bezpieczeństwo zgłaszanych produktów i zdrowie konsumentów, każdy produkt w Polsce jest weryfikowany w sposób indywidualny na zasadzie case-by-case. W sprawach wymagających uszczegółowienia uruchomiana jest procedura wyjaśniająca. Pragnę zapewnić, że produkty zgłaszane do Głównego Inspektora Sanitarnego są aktualnie sprawdzane pod kątem zawartości substancji niebezpiecznych, stanowiących zagrożenie dla zdrowia i życia człowieka. Jeśli substancje takie występują w danym środku spożywczym, podejmowane są odpowiednie działania mające na celu wyeliminowanie takiego środka z obrotu, jeśli został on wprowadzony na rynek.”

Treść tej interpelacji oraz odpowiedź znajdziecie pod tym linkiem. Kolejny przykład jest tutaj. Na stronie sejmu znajdziecie ich jeszcze mnóstwo, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło “suplementy”. Najnowsza interpelacja, jaką znalazłam w tej sprawie, pochodzi z listopada 2018 roku i nie doczekała się dotąd odpowiedzi. Najbardziej dziwi mnie, że w odpowiedziach Ministerstwo nie zająknęło się nawet słowem na temat tego, dlaczego porzuciło plany nowelizacji ustawy. Wygląda na to, że odpowiedzi na to pytanie musimy domyślać się sami…

Jak w takim razie wybrać suplement diety?

Wszystkie te informacje razem mogą przerazić – każdy, kto brał lub bierze suplementy, pewnie ma dreszcze, czytając raport NIK. Wydaje mi się jednak, że sytuacja na rynku nie jest aż tak tragiczna, a z pewnością uległa poprawie od czasu opublikowania raportu. Oczywiście nie zmienia to faktu, że nowe regulacje są potrzebne po to, abyśmy mogli mieć pewność co do naszego bezpieczeństwa. Jako konsumenci mamy też prawo do tego, aby w kupowanym suplemencie była dokładnie taka dawka, jakość i forma substancji, jaką deklaruje producent – jest to przecież kluczowe, jeśli mamy niedobory, które chcemy uzupełnić.

Zanim sięgniemy po suplement diety, zawsze warto zorientować się, czy substancja, której potrzebujemy, jest dostępna w preparacie zarejestrowanym jako lek. Dzięki temu możemy mieć pewność, że w środku znajduje się dokładnie i tylko to, co zadeklarował na opakowaniu producent. Tak jest na przykład z Enterolem, który należy do grupy probiotyków, czy z Biotebalem, dzięki któremu uzupełnimy biotynę. Nie zawsze jednak lek będzie zawierał te szczepy bakteryjne czy taką formę witamin i minerałów, jaka nas interesuje.

Jak w takim razie wybierać suplementy, by były bezpieczne i jak najbardziej skuteczne? Możemy poszukać szerszych informacji na temat preparatów, które chcemy brać. Pisałam wcześniej o probiotykach i jest to bardzo dobry przykład, ponieważ o działaniu probiotyków na nasze zdrowie dużo się dzisiaj mówi. W konsekwencji jest ich na rynku bardzo wiele. Producenci najbardziej polecanych i najskuteczniejszych probiotyków zazwyczaj swoją reklamę popierają badaniami naukowymi, które były przeprowadzane na ich preparatach lub przynajmniej z udziałem szczepów bakterii, które zawierają ich produkty (robi tak np. Sanprobi). Warto szukać takich informacji przed pójściem do apteki i prosić o konkretny preparat.

Drugą ważną rzeczą będzie forma preparatu i deklarowana zawartość substancji czynnych. W przypadku probiotyków – ważne, by był podany konkretny szczep bakterii (np. Bifidobacterium bifidum W23 <- to ostatnie to właśnie nazwa szczepów). W przypadku witamin i minerałów będzie miała znaczenie forma: na przykład cytrynian magnezu wchłania się lepiej od magnezu chelatowanego (bo forma organiczna zawsze jest lepiej przyswajalna niż nieorganiczna). Dawka również jest ważna, zdecydowanie warto spojrzeć na nią przed spojrzeniem na cenę. Suplement może wydawać się tańszy tylko pozornie, w rzeczywistości za niższą cenę często oferuje nam się nam prostu mniej.

Jak już o cenie mowa – niestety, ale dobrej jakości suplement musi kosztować. Za tymi kosztami kryje się wspomniana wyższa dawka, lepiej przyswajalna forma, być może przeprowadzone badania… Na przykład Vivomixx jest chyba najdroższym probiotykiem na naszym rynku, ale zawiera również zdecydowanie najwyższą dawkę, którą trudno porównać z innymi preparatami. Jest przy tym dość dobrze przebadany. Nie zawsze drożej znaczy lepiej (zdecydowanie nie wszyscy potrzebują probiotyków w dawkach, jakie proponuje Vivomixx), jednak wystrzegałabym się najtańszych suplementów od niszowych producentów, o których niewiele wiadomo.

Po raporcie ujawnionym przez NIK powstał również projekt Badamy Suplementy, którego celem jest sprawdzanie składu różnych produktów dostępnych na polskim rynku. Nie ma tego dużo, a od jakiegoś czasu autorzy nie aktualizują strony na FB, jednak myślę że warto tam zajrzeć (trzymam kciuki, żeby projekt działał dalej).

Na koniec: warto pytać dietetyków czy lekarzy o to, jakie preparaty polecają. Większość z nas zna rynek i wie, jaki jest z nim problem, a nie chcemy żeby nasi pacjenci wyrzucali pieniądze na środek, który nie pomoże. Dlatego na podstawie doświadczeń własnych i pacjentów możemy polecić, które suplementy sprawdzają się najlepiej. Wierzcie mi, robimy to bezinteresownie – niestety producenci suplementów raczej nie płacą nam za reklamę (a przynajmniej jak dotąd nie słyszałam o takim przypadku).

Zdaję sobie sprawę, że wpis wyszedł mi bardzo długi, ale chciałam wyczerpać temat, bo uważam, że jest ważny. Chętnie poznam Wasze zdanie – wiedzieliście? W jaki sposób wybieracie suplementy? Czy Was również szokuje i denerwuje opieszałość Ministerstwa Zdrowia? Bo mnie bardzo, dlatego chcę, żeby jak najwięcej osób się o tym dowiedziało!

Share: